Translate

środa, 13 marca 2013

Banana bread - przepis najprostszy na świecie

nie wiem
ciągle się nad tym zastanawiam,
dlaczego tak późno zdecydowałam się by upiec to ciasto
wymyślałam inne
wyszukane
a przecież ten przepis
ot tak, po prostu
zna się na pamięć


Banana bread - przepis najprostszy na świecie

trzy bardzo dojrzałe, miękkie banany
jajko
1/3 szklanki cukru trzcinowego (może być biały) w oryginale cukru jest o wiele więcej, ja ograniczyłam cukier ponieważ banany które użyłam były naprawdę dojrzałe i bardzo słodkie
1/2 szklanki oliwy (w oryginale jest roztopione masło)
1 1/2 szklanki mąki
łyżeczka proszku do pieczenia (lub sody)
szczypta soli

Widelcem rozgniatamy banany, łączymy w oliwą (lub roztopionym masłem) w drugiej dużej misce upijamy jajko z cukrem (do tego przepisu nie musisz używać miksera, wystarczy ręczna ubijaczka do białek) dodajemy banany z oliwą i mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i szczyptą soli. Całość mieszamy drewnianą łyżką. Do ciasta można dodać rodzynki, ulubione orzechy. Pieczemy przez godzinę w 170 st.





wtorek, 5 marca 2013

Real Food? Co kryje się za Twoim jedzeniem?


Przyłączam się do tego zachwytu nad lokalnymi produktami.
Nad ich sezonowością
świeżością
jakością, nad którą pracują rolnicy, plantatorzy, lokalni piekarze, sadownicy, rzemieślncy...
"real food" to nie wypełnione po brzegi półki w markecie,
a raczej słońce na pomidorach
marchewki o dziwnym kształcie
jabłka z piegami
soki 100%


Przyłanczam się do tego australijskiego zachwytu na lokalnymi produktami, bo tutaj odkryłam jak można wspierać miejscowych producentów świeżych warzyw i owoców, dżemów, oliwy, pesto i domowego hummusa, soków jednodniowych, jaj szczęśliwych kur


W dzielnicy, przy której od miesiąca mieszkam z inicjatywy "Real food projests" otwarto nowy pop up shop mający na celu wspieranie, reklamowanie, rozpowszechnianie lokalnych producentów zdrowej, ekologicznej żywności. Inicjatywa, na której czele stoi Kate Walsh zrzesza kucharzy, rolników, plantatorów oraz fascynatów kuchni slow, hand made... real


Dzięki "Real Food Projects" można się dowiedzieć między innymi jak uzyskuje się zdrową oliwę, jak wygląda proces jej tłoczenia, jak wycisnąć stu procentowy sok, lub jak produkuje się pełnowartościową czekoladę, karmel, czy... pianki marshmallows.



"Real Food Projects" łączy ludzi, którzy opowiadają historię kryjącą się za dobrym, zdrowym jedzeniem.


Miałam okazję być na otwarciu takiego "pop up shop'u" i spróbować kilku niesamowitych przysmaków. Oliwa z rozmarynem, chleb, pesto, ciemna czekolada, a na deser... kilka książkowych publikacji :)


Więcej o projekcie TUTAJ >>

środa, 27 lutego 2013

Pierożki Wonton ze szpinakiem

półki sklepowe z nowymi produktami,
szwendanie się między takimi półkami zabiera mi o wiele więcej czasu niż w Polsce,
jeszcze nie znam produktów 
jeszcze nie przeczytałam etykiet
ale wszystko po kolei


jest tutaj taki jeden sklep z produktami chińskimi w którym można znaleźć dosłownie wszystko
każdą przyprawę, każdy produkt by przyrządzić oryginalną zupę Pho, Bun Bo, Ram Bap, Banh Xeo czy chociażby green curry - każda potrawa kuchni chińskiej - azjatyckiej - stoi otworem
także ryżowe pierożki Wonton
pierwszy raz spróbowałam ich w Hong Kongu >>
zasmakowały

Na półce sklepowej chińskiego "spożywczaka" zauważyłam opakowanie gotowego ciasta do pierożków Wonton. Szybko sięgnęłam po jedno opakowanie, a w myślach już układał się przepis na farsz:


Ryżowe pierożki Wonton ze szpinakiem:
opakowanie pierożkowego ciasta
500 g szpinaku (świeżego lub mrożonego)
200 g kiełek fasoli mung
pół główki czosnku
trzy cebulki dymki
sol, pieprz, papryczka chili
sos sojowy do pokropienia gotowych pierożków


Jak przyrządzić farsz?
Na łyżce oliwy z oliwek podsmażamy czosnek, po chwili dodajemy szpinak i kiełki fasoli, całość dusimy około 10 minut. na koniec dodajemy drobno pokrojone cebulki dymki. Ot cały farsz gotowy. Pierożki wypełnione farszem lepimy w tzw. sakiewki.
Ps. Farsz doskonale nadaje się także do naszych rodzimych pierogów :)

Pierożki obowiązkowo podajemy z sosem sojowym i ostrą pastą chili.  

poniedziałek, 25 lutego 2013

a po sąsiedzku, open air Organic Food Markets


Co niedziela, trwa tutaj w najlepsze targ organiczny
warzywa i owoce w zdrowej
ekologicznej odsłonie
do tego sery, wszelki nabiał
pasty
ciasta
smakołyki
cydr
musli mieszane na miejscu
no i piękny zakwasem pachnący chleb
oj, jak a uwielbiam takie miejsca


każdy sprzedawany tutaj produkt spożywczy z zaszczytnym certyfikatem jakości
że z ekologicznych pól, z przydomowego ogródka, 
ot tak, rośnie sobie bez chemii



miejsce bez zadęcia
z luzem
z humorem
przyjeżdżają rowerami
siadają na trawie,
śmieją się, rozmawiają, jedzą
dzieci boso biegają po trawie...
uśmiechają


także szperacze z pchlich targów znajdą tutaj coś dla siebie, 
pojęcie recyklingu ma tu ogromne znaczenie
znudził ci się przedmiot? przeczytałeś już książkę? nie wyrzucaj - daj, sprzedaj, podziel się

poniedziałek, 18 lutego 2013

szparagi cały rok...

Moja pierwsza sfotografowana potrawa w nowym miejscu
w nowym świetle
w nowym cieniu
w nowym wnętrzu
...
starym aparatem
starym sposobem (starym, czyli sprawdzonym)
starym zwyczajem
...
tutaj sezon na szparagi trwa cały rok
(kolejny powód)
a to że mój ulubiony kolor na talerzu to zielony...


Penne w towarzystwie szparagów i pomidorów


pęczek zielonych szparagów
cztery pomidory
cebula
ząbek czosnku
sol, pieprz, papryczka chilli
makaron penne

W lekko osolonej wodzie gotujemy al dente szparagi. Na łyżce oliwy z oliwek podsmażamy cebule i czosnek, po chwili dodajemy drobno pokrojone pomidory- dusimy, według uznania doprawiamy- solą pieprzem i ostrą papryczką chilli. W międzyczasie w dużym garnku  gotujemy al dente makaron penne.  Po około 7 minutach do pomidorowego sosu dodajemy odcedzone, pocięte na mniejsze cząstki szparagi. 



poniedziałek, 11 lutego 2013

Nowy rozdział, czyli smakowanie Australii...

Zaczęło się naprawdę niewinnie...
zapragnęliśmy w końcu spełnić swoje wielkie marzenie i podjęliśmy decyzję o podróży dookoła świata,
"Odłożyliśmy na później" nasze prace w wielkich i mniejszych korpo (sic!),
na cztery miesiące pożegnaliśmy przyjaciół, rodzinę...
i ruszyliśmy (- relacje z podróży ciągle, bez ustanku zamieszczamy TUTAJ >>)
Jednym z przystanków naszej podróży miała być Australia.
8 stycznia wylądowaliśmy w Sydney i stało się...
...miasto nas zauroczyło,
jego energia na każdym kroku dawała o sobie znać.
do tego ta porządna dawka twórczych inspiracji, której od dawna nie znajdowałam w Polsce.


I jeszcze te klify
i ten granatowy ocean
następnego dnia już wiedzieliśmy i prawie chórem zapytaliśmy siebie nawzajem:
"a co Ty na to jakbyśmy tu zostali?"
jeszcze w Polsce planowalismy w Australii zostać miesiąc
dziś chcemy tutaj spróbować pomieszkać nieco dłużej,
mamy siłę, chęci, energię i pomysły :)
jeszcze nie jesteśmy za starzy by próbować nowych rzeczy
Więc tak, taka decyzja
tasty point (póki co- by nie zapeszać) będzie pisać z Australii :)


trzymajcie kciuki
a ja postaram się przybliżyć Wam ciekawe pod względem kulinarnym, choć nie tylko - australijskie ciekawostki. Sydney, a zwłaszcza Newtown - jego artystyczna dzielnica w której od dwóch tygodni mieszkam, jest niesporzytą kopalnią inspiracji. Będę Wam pokazywać tutejsze kulinaria, design, sztukę, grafikę, zahipnotyzuję Was tutejszym życiem eco i recyklingiem.
Eh, już nie mogę się doczekać!
:)
w tle moje nowe miejsce do gotowania i smakowania (malutkie, póki co wyposażone jedynie w garnek na dwie osoby, patelnię, dwie białe głębokie miski na włoską pastę, szary i biały talerz, trzy porcelanowe kubki i dwa kieliszki do wina - w jednym sok ananasowy- ulubiony)

ściana którą uwielbiam i szyld restauracji "spoon's" którą w pierwszej kolejności odwiedzę :)

Eco Library- miejsce - po sąsiedzku- w którym można się zakochać od pierwszego wejrzenia,
z resztą tak też się stało

Eco Library ciąg dalszy i arbuz w lutym...

i razowy tost  na pierwsze śniadanie


niedziela, 6 stycznia 2013

Jak smakuje milkfish?

Uwielbiam ryby.
Spędzenie dwóch tygodni na Filipinach dało mi pyszną możliwość próbowania ich bez przerwy.
W marynacie
solo
na słodko, słono
octowo
pikantnie
były też,
grillowane
w zupie
świeży - tuńczyk, makrela, tilapia, czy może milkfish.... no właśnie milkfish...

świeży tuńczyk w octowej marynacie podawany oczywiście z ryżem

sos sojowy z sokiem z limonki- ten prosty do przyrządzenia sos do ryb stał się dla nas podstawą do próbowania kolejnych rybnych przysmaków- w każdym miejscu w Azji, gdzie jedliśmy - pytaliśmy o limonkę 

grillowany milkfish podana z ryżem, pomidorem i jajkiem

Milkfish, (na Filipinach potocznie nazywana Bangus) to dla mnie zdecydowanie nowe doświadczenie kulinarne. Niezwykle popularna w południowo-wschodniej Azji i na niektórych wyspach Pacyfiku. Na Filipinach, szczególnie zachodnie wybrzeże (okolice Degupan, Alaminos) słynie z hodowli tych niezwykłych ryb. (Zobacz, gdzie łowią milkfisha :)) Dość oryginalną nazwę zyskała dzięki swojej białej, mlecznej barwie mięsa. Smaczna, wyrazista w smaku, a do tego praktycznie pozbawiona ości. Mi osobiście kojarzy się z naszym polskim karpiem... hymm może dlatego, że pierwszy raz zajadałam się nią właśnie w wigilię? 

milkfish najlepiej smakuje z sokiem z limonki i oczywiście z... zimnym San Miguelem :)

po lewej - ryba zakąska, czyli malutkie rybki zatopione w solnej skorupie- pyszne
po prawej- tradycyjna filipińska zupa rybna z milkfishem, bardzo octowa- z resztą jak wszystko na Filipinach

Gdyby nie te świeże ryby i owoce morza (które zresztą uwielbiam) czy przepyszna pasta krewetkowa, nie miałabym czego szukać w filipińskiej kuchni. Mimo licznych wpływów kuchni hiszpańskiej, chińskiej czy malajskiej, nie zachwyca. Odniosłam wrażenie, że jest mało urozmajcona. Mało w niej warzyw, owoców. Najprostsza sałatka czy surówka to jedynie dodatek, który ma za zadanie załagodzić (nieraz) ostry sos serwowany do potrawy.
Do każdego dania podawany ryż. Filipińczycy tak bardzo go sobie upodobali, że w wielu restauracjach, czy ulicznych barach, można samemu nałożyć sobie ryż - ile tylko się chce, ile tylko można zjeść - no właśnie - ile tylko zjesz... bo za pozostawienie niezjedzonego na talerzu, pobierana jest opłata :)
Na Filipinach obowiązkową przyprawą jest ocet. Szczególnie zupy są niezwykle octowe, nie raz miałam wrażenie, że octu było tak dużo, że zabijał prawdziwy smak dania.
Kuchnia filipińska słynie także z pewnych kontrowersji. Balut jest jedną z nich. Gotowane jajo kacze, w którym znajduje się w pełni uformowany zarodek ptaka. Nie, nie spróbowałam. Nigdy nie spróbuje. To zdecydowanie nie dla mnie. Ale widziałam z jakim apetytem zajadają się tym "przysmakiem" (podobno i afrodyzjakiem) zarówno miejscowi, jaki i turyści.